Paryż 05:59

Filmów o tematyce gejowskiej powstaje coraz więcej… i dobrze. Z pewnością jest to spowodowane rosnącym jednak równouprawnieniem, czy może w większym stopniu rosnącą świadomością społeczną. Obraz Oliviera Ducastela i Jaquesa Martineau ma w sobie coś co go z tego gąszczu wyróżnia.

Film rozpoczyna się blisko półgodzinną sceną seksu dwóch głównych bohaterów – Theo i Hugo, w paryskim klubie gejowskim. Podczas aktu miłości rodzi się w nich niezwykła wzajemna fascynacja. Po kilku wymienionych słowach okazuje się, że uprawiali seks bez zabezpieczenia, a Hugo jest nosicielem wirusa HIV. Zgłaszają się do szpitala, gdzie sytuacja w miarę możliwości zostaje opanowana. Hugo mimo początkowych oporów Theo postanawia odprowadzić go do domu, przy okazji fundując widzom podróż przez opustoszały nad ranem Paryż. Na ekranie co jakiś czas pojawiają się „stemple” z godziną, skąd polski tytuł filmu.

p559-2

Otwierająca scena z pewnością jest wizytówką dzieła Francuzów, każdy mówiąc o tym filmie zaczyna od niej, co jak widać i mnie nie ominęło. Zacznijmy od tego, że to rzeczywiście jest pornografia, tzn. szczegóły anatomiczne nie są w jakikolwiek sposób ukrywane. Z pewnością dla widzów szczególnie wrażliwych jest to czynnik dyskwalifikujący cały film, dla pozostałych jednak jest to dzieło samo w sobie. Mimo, że klub jest pełen ludzi to twórcom udaje się osiągnąć niezwykły poziom intymności między bohaterami, o czym zresztą mówią sami zainteresowani. Uczucie fascynacji nie tylko ciałami ale i pewne domniemanie swoich osobowości przenoszą się z Theo i Hugo na widza. Dużą rolę gra półcień, zapewne charakterystyczny dla tego typu miejsc. Ciekawym zabiegiem, choć na pozór tandetnym, jest moment spotkania kochanków. Początkowo przechadzają się po klubie bez konkretnego celu, wokół mając ludzi uprawiających miłość doprawdy mechaniczną. Gdy jednak się spostrzegają dzieje się coś magicznego, technicznie tak naprawdę to zmiana oświetlenia i dźwięków, ale efekt rzeczywiści bardzo udany. Dużo uwagi poświęcam jednej scenie, ale widać, że również o każdy szczegół zatroszczyła się w niej para reżyserów, co jest odzwierciedlone nie tylko w samej jej długości, ale również wysmakowaniu i niesamowitej atmosferze, które udało się osiągnąć w tak naturalistycznej przecież w założeniach sytuacji.

p559-3

A potem „Paryż 05:59” okazuje się jakby odwróconym love story, generalnie w filmie wydaje się panować konwencja, w której szereg skomplikowanych, niejasnych kroków, w całości znany jako romantyczność w finale prowadzi do zbliżenia. Tu od zbliżenia zaczynamy, a swoiste „podchody” następują później. Koncept ciekawy, na pewno zaskakujący, ale realistyczny. Łamanie konwencji zawsze jest mile widziane. Muszę się zresztą przyznać, że szczerą rozmowę, ale też flirt Theo i Hugo oglądałem z przyjemnością, częściowo chyba po prostu odwykły od filmowych romansów, ale nie mogąc też odmówić wdzięku występującym w głównych rolach aktorom.

Wrażenie robi też podróż panów przez Paryż, budzący się do życia, jeszcze zaspany. Atmosfera rzeczywiście ciekawa. Nie chodzi tu zresztą konkretnie o stolicę Francji, choć jest to niewątpliwie piękne miasto. Podobny klimat można poczuć również przemieszczając się po polskich miastach o odpowiedniej godzinie, czego wielu na pewno doświadczyło. W filmie Theo i Hugo spotykają różnych ludzi, których odpowiedniki z powodzeniem można odnaleźć podczas podobnych eskapad w różnych zakątkach świata – kobieta jadąca pierwszą linią metra opowiadająca historię swojego życia, czy właściciel całodobowego baru serwującego specjały kuchni tureckiej, choć wcale nie pochodzący z Turcji. Taka społeczna turystyka jest zrealizowana w filmie Francuzów naprawdę przyjemnie.

p559-5

„Paryż 05:59” to dobry film. Poza robiącą duże wrażenie sceną otwarcia mamy tu naprawdę romantyczną historię dwojga ludzi, zrealizowaną z dużym wdziękiem i urokiem, Theo i Hugo bezustannie balansują na granicy flirtu i rozmowy tak szczerej jak to tylko możliwe. Zupełnie przy tym nie powinno nikomu przeszkadzać, że tym razem nie mamy do czynienia z relacją damsko-męską.