Co na MUBI

mubi.com to specyficzna platforma. Gdy przegląda się dostępne filmy to jakoś nic ewidentnie do siebie nie przyciąga, z prostego powodu… nie są to filmy (przeważnie) znane, o których słyszało się wcześniej i które znalazły swoje miejsce na Liście. Pomyślałem więc sobie, że korzystając z obszerniejszego ostatnio czasu wolnego wskoczę w świat, który oferuje ten serwis, obejrzę parę filmów, no i zobaczymy. No to zobaczyłem:

Aliyah

Obraz Elie Wajemana z 2012 roku to historia Alexa, pochodzącego z tradycyjnej żydowskiej rodziny dealera narkotyków zamieszkałego w Paryżu. Alex chce dokonać tytułowego Aliyah – tym mianem określa się powrót Żydów do Ziemi Obiecanej, dziś oznaczającej państwo Izrael – aby zacząć nowe życie, odciąć się od przeszłości.

No tak, cały czas zaczynamy życie od nowa, oddzielamy wszystko grubą kreską, jednak sytuacja Alexa jest trochę inna: Izrael choć niewątpliwie geograficznie, krajobrazowo raj przypomina, to wydaje się, że nim nie jest. Sytuacja społeczno-polityczna sprowadza się do ciągłego pozostawania w stanie wojny, z sąsiadami i mniejszościami w samym Izraelu. Nie ręczę że tak jest, ale… tak to widzą bohaterowie „Aliyah” (Alijii? Aliyii?) – rodzina i przyjaciele Alexa, przedstawiciele licznej paryskiej diaspory żydowskiej. Nasz miły i grzeczny dealer nie mówi nawet po hebrajsku i jak sam mówi oficerowi w konsulacie, w Izraelu był raptem raz i nic o tym kraju nie wie.

Ciekawa w tym kontekście jest motywacja samego zainteresowanego – robi to trochę z przekory, ważniejszy jest właściwie sam akt ogłoszenia tego bliskim niż marzenie o życiu w kraju swoich przodków. Wydaje się, że kieruje nim chęć zwrócenia na siebie uwagi, jak sam mówi chce żeby ktoś go powstrzymał, ale…

emigracja ostatecznie staje się jego marzeniem. Dziwna rzecz marzenia – niby wszyscy mówią że  trzeba za nimi podążać (szczególnie w dzisiejszych czasach, trenerów jest teraz chyba więcej niż zawodników), ale właściwie patrząc na to logicznie: marzenia są generowane podświadomie, oparte na zupełnie niejasnych motywacjach, nieracjonalne, czy to jest coś co powinno kierować naszym życiem? Czy nie powinniśmy raczej zanalizować dostępne, realne cele i wybrać z nich obiektywnie, racjonalnie najlepsze?

Jak widać „Aliyah” potrafi skłonić do rozważań filozoficznych, o ludzkiej naturze, psychice. Lubię takie kino: z jednej strony prosty, intymny dramat, z drugiej pretekst do ukazania czegoś bardziej uniwersalnego, drogowskaz dla widza do samodzielnych obserwacji, odniesienia tego do swoich doświadczeń, przefiltrowania przez własną wrażliwość. Myślę, że film warto zobaczyć

Babcia (Grandmother)

Tytuł milusi, ale dzieła filipińskiego reżysera Brillante Mendozy z 2009 nie powinno się wyświetlać dzieciom. W filmie poznajemy historię dwóch starszych kobiet, obu ubogich, obu zamieszkujących w rozsypujących się domkach nad rzeką w stolicy kraju Manili i obu zamieszanych w tą samą sprawę morderstwa na tle rabunkowym. Wnuk jednej zabił wnuka drugiej.

Oczywiście dla obydwu kobiet jest to ogromna tragedia w wymiarze emocjonalnym, jedna musi poradzić sobie ze śmiercią, a rodzina drugiej zostaje okryta hańbą, szczególnie odczuwaną właśnie przez Lolę (tak kobiety w starszym wieku nazywa się w języku filipińskim, w którym powstał film), która kieruje się bardziej konserwatywną moralnością. Okazuje się to być jednak również problem w wymiarze finansowym – skrajnie ubogie kobiety muszą pokryć koszty pogrzebu.

Atmosfera w obrazie Mendozy jest gęsta, tak jak nieprzeniknione są strugi deszczu, który w Manili pada praktycznie cały czas. Zresztą tenże opad spełnia tu istotną rolę – uwydatnia trudność sytuacji w jakiej znalazły się bohaterki, stwarza depresyjny nastrój, ale przy tym dozuje klimat filmu, gdy niebo się przejaśnia, to i trudy bohaterów wydają się mniej dojmujące. Ciekawy, efektowny zabieg, o ile pamiętam zgrabnie wykorzystany też w amerykańskim klasyku – „Dwunastu gniewnych ludzi”.

Film jest nakręcony w stylu bardzo realistycznym, wręcz może naturalistycznym, dominują kadry z ręki, kamera podąża za bohaterkami, co przypomina trochę reportaż. Wrażenie robi też to, w jaki sposób pokazane są starsze kobiety. To właśnie ich starość estetycznie wysuwa się tutaj na pierwszy plan, oglądamy ich twarze w licznych zbliżeniach. Starsi ludzie potrafią być niezwykle fotogeniczni, przez to ile czasy, który minął jest odzwierciedlone na ich twarzy, każda bruzda, zmarszczka, mają swoją historię.

Nie sposób nie dostrzec też szczegółowego portretu społeczeństwa filipińskiego. Kontrast między życiem na wsi a w stolicy, która nawiasem mówiąc jest jedną z największych metropolii świata, życie w ciągłym zagrożeniu przestępczością, ubóstwo, brak opieki społecznej. A tak przy okazji można usłyszeć jak ciekawym językiem posługują się Filipińczycy, używają oczywiście lokalnego dialektu ale słowa oficjalne, techniczne zaczerpnięte są z języka angielskiego – efekt okupacji amerykańskiej z pierwszej połowy dwudziestego wieku, nazwiska w większości natomiast są pochodzenia hiszpańskiego – efekt oczywiście kolonizacji hiszpańskiej, stąd zresztą sama nazwa kraju (od króla Filipa II Habsburga) i dominująca w kraju religia (katolicyzm).

Dobre kino. Film egzotyczny, ale broniący się jakością, zresztą Brillante Mendoza wielokrotnie był nagradzany na festiwalach europejskich, łącznie z nagrodami w Cannes, Wenecji czy Berlinie, a sama „Babcia” właśnie do Złotej Palmy w Cannes była nominowana.

Legenda twierdzy suramijskiej

Cudeńko od Siergieja Paradżanowa z 1985 roku. Film jest ekranizacją tradycyjnej gruzińskiej legendy, według której należy zamurować młodzieńca, aby Twierdza nie rozpadła się na kawałki.

Jeśli nie widzieliście do tej pory nic Paradżanowa, to przygotujcie się na doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Jego filmy, w tym „Legenda…”, to próba przedefiniowania kina, postawienie prawie tylko na estetykę, marginalizacja warstwy fabularnej. A estetyka w „Legendzie…” jest niesamowita – tradycyjne gruzińskie stroje, stepowe pustkowia, postaci tańczące przedziwne układy choreograficzne do nie mniej dziwnej tradycyjnej gruzińskiej muzyki. Film zresztą powstał w języku gruzińskim, choć słów pada niewiele. Powiecie co w tym dziwnego, przecież zrobił go Gruzin, ale nie zapominajmy, że Gruzja była wtedy częścią ZSRR i języki nierosyjskie w oficjalnym przekazie były marginalizowane. Być może dlatego Paradżanow miał problemy z przebiciem się przez sito cenzury mimo tworzenia filmów skrajnie niepolitycznych.

Swoją drogą, kino gruzińskie w ogóle miało się w tamtych czasach dobrze i choć można by wspomnieć o kilku jeszcze twórcach (o kilku jak i samej „Legendzie…” mówiłem w archiwalnym odcinku podcastu: tu link , odcinki aktualne na duzypokoj17.pl),to właśnie Paradżanow wydaje się twórcą najważniejszym. Przez to jak nowatorskie kino tworzył, ale również przez to jakiej tematyki dotykał można go chyba nazwać dobrem narodowym Gruzji.

„Legenda twierdzy suramijskiej” pozwoli wam też odkryć… nieznane wam do tej pory przestrzenie nudy, uświadomi przy tym niedowiarkom, że nuda niekoniecznie jest czymś złym, może się wręcz stawać pewną kategorią estetyczną. Pozwala poprzestawiać sposób patrzenia na film, zmienia rozkład akcentów, przerzucając nacisk jeszcze bardziej na warstwę audiowizualną W końcu jeśli nudzi nas przedstawiana historia, to po co tak naprawdę ją śledzić.

Film Paradżanowa to doświadczenie wręcz mistyczne, choć rozumiem że ludziom niecierpliwym trzeba by założyć aparaturę rodem z „Mechanicznej pomarańczy” (o taką: link), żeby dotrwali do końca. Polecam spróbować. W najgorszym przypadku się odbijecie.

Banda Jot

To może na koniec coś lekkiego. Znacie Marjane Satrapi? Autorka komiksu (powieści graficznej? osobiście nic nie mam do nazwy komiks, ale niektórzy uznają ją za urągającą powagi dzieła, nic w sumie dziwnego biorą pod uwagę etymologię tego słowa) „Persepolis” i jego ekranizacji, a właściwie animacji opowiadającego o jej dzieciństwie w Iranie podczas Rewolucji Islamskiej. I właśnie ona: graficzka, ilustratorka wyreżyserowała i wystąpiła w głównej roli w komedii kryminalnej „Banda Jot”.

Tytułowa Banda Jot to hiszpańska mafia, która swoją nazwę wzięła od tego, że wszyscy jej członkowie mają imiona na „J”: Jose, Julio, Jorge, Jesus, Juan, a z którą zadarła główna bohaterka, bezimienna postać grana przez Marjane Satrapi. Poznajemy ją w pokoju hotelowym, gdy otwiera przytarganą z lotniska walizkę. Ku jej zdziwieniu nie znajduje tam swoich rzeczy, a głównie sprzęt potrzebny do gry w badmintona – walizki zostały pomylone. Kobieta weszła w posiadanie walizki Nilsa i Didiera, oczywiście niezwłocznie się z nimi w tej sprawie kontaktuje. Panowie, po wymianie walizek, od słowa do słowa zgadzają się pomóc kobiecie w walce z Bandą, po kolei zabijając napotkanych „działaczy” tejże.

Obraz Iranki to „film drogi”. Bohaterowie przemieszczają się po Andaluzji samochodem, wieczorem kwaterując w hotelach. To komedia, której głównym orężem jest humor sytuacyjny i dziwacznie wykreowani bohaterowie. Jak komedia, to powinna być śmieszna i… jest, chociaż żarty nie latają zbyt wysoko i może wybuchów śmiechu nie spowoduje (a powoduje chociażby „Toni Erdmann” o którym mówiłem tu: link), to to wszystko jest takie sympatyczne, przyjemne.

Czyli tak: komedia, Andaluzja, bohaterowie z kosmosu i naciągana historia. No tak, ale jakoś to gra. Można zobaczyć również choćby przez wzgląd na Marjane Satrapi – w ramach ciekawostki.

To tyle. 4 filmy, które akurat obejrzałem, nie ręczę, że nie ma tam lepszych, ja trafiłem akurat na te. Nic nie dostaję z tego, że polecam wam filmy właśnie z MUBI. Lubię te platformę, uważam że można trafić tam prawdziwe perełki, czego przykładem jest choćby ten post.

Polecam jeszcze raz swój podcast

pod adresem duzypokoj17.pl, ale dostępny również poprzez wszelkie aplikacje do obsługi podcastów, W związku z tym, że jestem jego połową to mniej więcej połowa treści tam poruszanych to właśnie filmy. Nowy odcinek pojawia się co tydzień w poniedziałek, najczęściej mówię właśnie o tym co ostatnio mnie zaciekawiło, ale staramy się też wziąć na warsztat konkretnego autora czy nurt, choćby niedawno Michaela Hanekego (link). Zresztą mowa tam była również o dwóch filmach dzisiaj opisanych. Druga połowa to pozostałe dziedziny sztuki również raczej tej mniej popularnej, z której lwią część stanowi muzyka.