Top filmów miejskich, część pierwsza

Miasto oczywiście bywa miejscem akcji wielu filmów. Często jednak, staje się wręcz jego bohaterem. Miasto to zresztą bardzo ciekawa struktura sama w sobie – duże skupiska ludzi, dodatkowo nierzadko istniejące przez setki lat, zachowując jakąś pokoleniową ciągłość i wytwarzając charakterystyczną tylko dla tego konkretnego miejsca atmosferę. Mam wrażenie, że mimo iż taki mechanizm zachodzi choćby we wspólnotach narodowych, to w nich te więzi, zwyczaje, krajobraz, są jakby mniej intensywne, słabsze. Czy filmom udaje się uchwycić tą tożsamość poszczególnych miast? A może niektóre dotykają miasta jako ogółu? Zacznijmy ten przegląd od…

Rzymu, sportretowanego w Wielkim Pięknie Paolo Sorrentino.

A co w tym poza samym miastem? Dziennikarz Jep Gambardella jest stary i z rozrzewnieniem wspomina czas, gdy był młody. Nie przeszkadza mu to wieść życia hulaszczego, korzystać z wszelkich atrakcji i dziwactw stolicy Włoch. W jego otoczeniu znajdują się prawie wyłącznie ludzie oryginalni – choćby redaktor naczelna jego dziennika to hippisowska karlica, a sytuacje, które go spotykają – cóż…Jep udaje się na przykład pod jeden z akweduktów, by zdać relację z performance’u lokalnej artystki, który polega na rozpędzeniu się i skoczeniu wprost na kamienny, pamiętający jeszcze starożytność filar konstrukcji rzeczonego zabytku. (niestety lekko głupawych żartów z sztuki współczesnej jest w filmie więcej, ale mniejsza o to). Pobrzmiewają w tym wszystkim echa Słodkiego życia Felliniego. Zresztą w twórczości Sorrentino to częste, dostrzec można choćby inspirację Osiem i pół (swoją drogą kiedyś coś napisałem w ramach walki z Listą: link) w Młodości.

Jaki jest Rzym? Na pewno dla wielu odpowiedzią na to pytanie byłby pokaz zdjęć przy akompaniamencie opowieści turystycznych. I tego trochę w filmie Sorrentino jest – zobaczymy kilka znanych (mniej lub bardziej) zabytków, ale ten krajobraz (weduta? film włoski to i słownictwo włoskie) ma w wykonaniu Włocha dużo więcej szczegółów. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pełno jest w Rzymie… kamieni. Na zewnątrz wzrok przykuwają: po pierwsze spadki po starożytności, jak choćby wspomniany wcześniej akwedukt, ale również oczywiście budynki renesansowe i późniejsze. Wewnątrz natomiast – marmur, nie wszędzie i pewnie nie zawsze to rzeczywiście jest marmur, ale od czasu do czasu pojawia się jakby uczucie chłodu bijące od kamiennych posadzek, choćby w odwiedzanym nocą muzeum, potęgowane jeszcze przez przestrzeń i ciszę. Ale to w niektórych miejscach.

Bo w innych znowu… Jep praktycznie zawsze jest na jakiejś imprezie. A imprezy odbywają się w klubach. I tego też jest w Wielkim pięknie dużo. Jest głośno, tandetnie i chaotycznie. Ciekawostka – wszyscy mężczyźni, przez cały film, również w rzeczonych klubach ubrani są w szyte na miarę garnitury – godne podziwu, biorąc pod uwagę temperatury. Z drugiej strony, jak mówi jeden z bohaterów Włosi znani są z dwóch rzeczy – mody i pizzy.

Porą dnia uwydatniającą uroki stolicy Włoch jest w oczach Sorrentino albo właśnie noc, albo, hmm… schyłek dnia, ale jeszcze przed zachodem słońca, czas w kinematografii istotny, bo właśnie wtedy występuje szczególnie korzystne dla urody zdjęć światło, co jest skrzętnie w Wielkim pięknie wykorzystywane. W ogóle warstwa estetyczna w dziele Włocha jest bardzo istotna i szczególnie udana – czasem ma się wrażenie, że to po prostu naprawdę ładny obrazek, po którym przechadzają się ludzie.

Choćby Jep Gambardella, który po Rzymie porusza się wolno, to jest zarówno niespiesznie jak i nieograniczenie. Trochę do tego miasta nie pasuje, ale z drugiej strony, podkreśla i uzupełnia jego atmosferę. Jak sam mówi Rzym sprawia, że tracisz czas i jest w filmie jak i w samym mieście wyczuwalna nutka refleksji o sensie powszechnego dziś hedonizmu i właśnie kurczącego się bezustannie czasu.

A po Rzymie może… Los Angeles. Też ciepło i jest akcent włoski. Znacie Gorączkę Michaela Manna?

Jak nie znacie to krótko o co chodzi. Sprawa jest banalna. Mamy konfrontację – jeden gość napada na banki, drugi powstrzymuje napadających na banki. Obaj grani przez (dwóch różnych) aktorów włoskiego pochodzenia – tych najbardziej znanych, przynajmniej w dniu premiery filmu (1995). To jest amerykański film sensacyjny i w swoim gatunku się sprawdza. Dużo się dzieje, atmosfera jest gęsta, co przenosi się również na…

Obraz Los Angeles w Gorączce ukazany. Wydaje się, że w Mieście Aniołów łatwiej się żyje samochodom niż ludziom. Autostrady, drogi ekspresowe, estakady, zjazdy, system skrzyżowań powodujący zawroty głowy. Ludzie poruszający się pieszo wyglądają w tym jak intruzi. Dominuje widok betonu, w charakterystycznym szarym kolorze, podkreślonym jeszcze przez barwę ulicznych latarni, czasem też światło zachodzącego słońca.

Los Angeles w oczach MIchaela Manna to miasto nieprzyjazne. Obraz kontrastujący ze zwyczajowymi obrazami oceanicznych plaż, palm i gwiazd filmowych. Gorączka jakby w ogóle odziera krajobraz miejski z typowej dla niego urody, zostawiając nagą miejską tkankę, przy okazji jeszcze toczoną typowymi miejskimi chorobami, problemami hałasu, przestępczości, poczucia niebezpieczeństwa. Przy tym charakterystyczne jest to, że to co zwykle uznajemy za największą metropolitalną zaletę, tu jest najbardziej odrzucające – anonimowość, pozwalająca żyć w dowolnie wybrany przez siebie sposób, bez ocen otoczenia, tu przeradza się w niedostępny, odpychający industrializm.

Podobnie miasto widzi Emin Alper w Blokadzie.

O której zresztą już kiedyś pisałem (tu link). Miasto w filmie Turka to przedmieścia Stambułu. Może mniej w tym samochodów, a więcej wymuszonych tytułową blokadą wędrówek pieszych, ale knucia, gęstej atmosfery, półmroku, dominującej betonowości jest tu pod dostatkiem. Znowu mamy tu to przytłoczenie człowieka przez budynki, a właściwie może samą fizyczną strukturę miasta jako takiego. Trochę w tym dodatkowo estetyki tureckiej (dla niezorientowanych: coś pomiędzy powszechnie pojmowanym orientem, a standardem europejskim, czyli egzotycznie, ale bez przesady), co dodaje do tej mieszanki czegoś ciekawego. Czyli ponownie miasto nieprzyjazne, przypominające wręcz więzienie.

Okazuje się więc, że twórcy dostrzegają też w miastach ich wady i stawiają je na świecznik. Otrzmyany obraz od realizmu trochę co prawda odbiega, ale może ma to swoje źródło w lękach i obawach mieszkańców światowych metropolii. Pozbawione tożsamości, życia zbiory budynków połączone ulicami, wyzute z historii, pozbawione ludzkich uczuć i emocji. Może to wizja przyszłości?

Podobną stworzył już w 1965 roku Jean-Luc Godard w absolutnie świetnym Alphaville.

O i tu tytułowe, sterowane przez komputer futurystyczne miasto to rzeczywiście główny bohater tego obrazu. Pod przykrywką zrobienia reportażu z Terytoriów Zewnętrznych do Alphaville przyjeżdża Lemmy Caution, przy okazji niejako wprowadzając widza w specyfikę funkcjonowania miasta i jego mieszkańców. Gdy dodamy do tego specyficzną oprawę filmu noir z głośno wypowiadanymi myślami detektywa otrzymujemy coś niewątpliwie intrygującego, a przy okazji coś niejako stworzonego do rozważanego dziś tematu.

W warstwie fabularnej Alphaville to film wprost kontestujący kierunek w którym zmierza świat. Ustami bohaterów opowiadający się przeciw industrializacji, scientyfikacji, marginalizowaniu emocji, czego pochodną jest zanikanie sztuki. To film nowofalowy i wprost manifestujący postulaty i idee Nowej Fali, w nietypowym, mniej frywolnym, beztroskim, wolnościowym entourage’u. To film cięższy i bardziej wprost przekazujący założone treści. A przy okazji możecie posłuchać odcinka podcastu, w którym mówiłem między innymi o Alphaville (link ,no tak szkalowaliśmy też tam Wesa Andersona…)

Wracając, samo miasto w filmie Francuza to twór dziwaczny, ale wciągający. Alphaville to miasto futurystyczne, ale nie zawsze i nie do końca. Chociażby bohaterowie odziani są w stylu lat 40-tych, co dopełnia wspomnianej atmosfery kina noir. Jednocześnie mamy sekwencję podróży pomiędzy strefami, które są zmontowanymi kolażami, obrazami neonów, dróg, estakad, zawsze w nocy. Zresztą cały film zdaje się rozgrywać w nocy, przy sztucznym świetle. Odczuwalna jest również klaustrofobia – niewielkie, ciemne pomieszczenia, migające żarówki – to wszystko może przytłaczać.

Alphaville to również miasto nieprzyjazne, mroczne, industrialne i niedostępne, ale w przeciwieństwie do poprzedników tą atmosferę budujące bardziej niedopowiedzeniem, bazując na wyobraźni widza. Oczywiście częściowo mogło to wynikać z niedoborów technicznych, ale z drugiej strony ta nowofalowa perełka nie miała z pewnością być efektownym science-fiction, a film moim zdaniem na tym jeszcze zyskał, bo ludzka wyobraźnia zawsze zadziała lepiej niż taśma filmowa. (uff, ale banał)

Efektownym science- fiction natomiast z pewnością miał być film innego Francuza Luca Bessona z roku 1997 – Piąty element

Znane to dość, no ale… przedwieczne zło chce zniszczyć ludzkość, żeby je powstrzymać trzeba połączyć 4 kamienie z piątym elementem – dziewczyną o imieniu Leeloo. Akcja osadzona jest w przyszłości oddalonej o kilkaset lat. Ten film… sam nie wiem, coś w nim jest przyciągającego. Na pewno dużo w tym mojego sentymentu z dzieciństwa, ale jakoś mi się podoba.

A miasto? Zapada w pamięć futurystyczny Nowy Jork, a obrazem najbardziej dlań charakterystycznym są latające samochody, na czele z żółtą taksówką Korbena Dallasa – głównego bohatera granego przez Bruce’a Willisa. To świat trochę bardziej… plastikowy i banalny niż ten przedstawiony choćby w Alphaville. Powiedziałbym, że to estetyka typowa dla lat 90-tych, gdy kasowy przemysł filmowy zachłysnął się bardzo niedoskonałymi wówczas jeszcze efektami komputerowymi, ale ostatecznie da się odnaleźć w tych obrazach pewien naiwny urok.

Nowy Jork w Piątym elemencie zdaje się jednak być dużo bardziej przyjazny i dostępny, mimo wszechogarniającego zgiełku i chaosu. Ulice miasta przypominają wielopoziomową, autostradę, cudem tylko funkcjonującą bezwypadkowo To chyba kwestia użytych barw i efektów wizualnych. Charakterystyczny jest efekt mgły, przesadzone zupełnie rozmywania się widzianego świata wraz ze zwiększającą się odległością. Kolory są szare, ale gdzieniegdzie z jaskrawymi akcentami, co stanowi jakby zaczątek przyjemnego dla oka jarmarku (no dobra, bez przesady, ale patrzy się mimo wszystko przyjemnie).

Czyli również przyszłość, ale widziana w jaśniejszych barwach – dosłownie i w przenośni. Nadal miasto to niedostępna dżungla, w której łatwo zginąć, ale to z Piątego elementu jest dość zachęcające, trochę jak reklamy płatków śniadaniowych w telewizji.

Dobra, wracamy do rzeczywistości i teraźniejszości: Paryż 05:59 Oliviera Ducastela i Jaquesa Martineau

Kolejny film francuski, być może to nie przypadek i to właśnie Francuzi to specjaliści od miast. Paryż 05:59 jest gejowski romans, ale całkiem niezły. Zresztą filmom queerowym wybranie takiego gatunku uchodzi na sucho i są ku temu powody – to segment kinematografii, który z miłości uczynił swój główny temat (nic dziwnego) i w zgrabny sposób odkrywa na nowo idee i emocje związane z miłością przez to, że stawia to uczucie w innym kontekście, jednocześnie je uniwersalizując. W skrócie: dobry romans to taki który nie jest banalny, a romans gejowski jest zawsze mniej banalny niż heteroseksualny. Mówiłem o tym również w podcaście (link). No ale poza wszystkim otrzymaliśmy również bardzo ciekawy obraz miasta – oczywiście Paryża, o konkretnej porze dnia…

nad ranem, gdy część ludzi, udaje się do pracy, jeszcze zaspani, nie w pełni świadomości, jadąc pierwszym metrem Inni udają się dopiero do domów po imprezie, do tych zresztą należy zaliczyć głównych bohaterów. Panowie poruszają się po Paryżu niespiesznym krokiem, często obierając okrężną drogę. Zahaczają choćby o nocną budkę z kebabem, gdzie sprzedawca opowiada im o historii swojego przyjazdu do Francji. Miasto rzeczywiście ma o takiej porze niezwykłą atmosferę, która również stanowi o jego charakterze. Piszę o tym trochę więcej w recenzji (link).

I wygląda na to że to koniec części pierwszej. Z pewnością filmów miejskich jest na świecie jeszcze dużo, sam mam jeszcze kilka w zanadrzu, ale przy pisaniu części drugiej (i myślę że kolejnych) proszę Was o pomoc. Jeśli macie jakieś propozycje filmów, które do takiego zestawienia by pasowały, to dajcie znać w komentarzu, tu czy na Faceooku, na pewno się nimi zainspiruję.

Polecam jeszcze raz swój podcast

pod adresem duzypokoj17.pl, ale dostępny również poprzez wszelkie aplikacje do obsługi podcastów,

W związku z tym, że jestem jego połową to mniej więcej połowa treści tam poruszanych to właśnie filmy. Nowy odcinek pojawia się co tydzień w poniedziałek, najczęściej mówię o tym co ostatnio mnie zaciekawiło, co obejrzałem itp., ale staramy się też wziąć na warsztat konkretnego autora czy nurt, choćby niedawno Michaela Hanekego (link), Wesa Andersona (link), kino LGBT (link). Druga połowa to pozostałe dziedziny sztuki również raczej tej mniej popularnej, z której lwią część stanowi muzyka.